Wybieramy radnych, posłów, prezydenta, a potem często zastanawiamy się po co. Niektóre pomysły przedstawicieli dobitnie pokazują, że demokracja nie kończy się przy urnie. Czy frekwencja wyborcza powinna mieć większe znaczenie dla skuteczności naszych przedstawicieli?
Co kilka lat idziemy do urn. Raz wybieramy radnych gminnych, miejskich, powiatowych i wojewódzkich, innym razem posłów, senatorów czy prezydenta. Kampanie są gorące, obietnice jeszcze gorętsze, a kandydaci przekonują nas, że właśnie oni wiedzą najlepiej, czego potrzebują mieszkańcy. Potem jednak mija kilka miesięcy i zaczynamy się zastanawiać: po co właściwie ich wybieraliśmy?
Co jakiś czas któryś z naszych reprezentantów wpada na pomysł, który sprawia, że człowiek przeciera oczy ze zdumienia. Jeden chciałby, aby mieszkańcy głosowali uchwały przez aplikację. Ciekawe rozwiązanie. Tylko skoro obywatele mają podejmować decyzje, to po co wybierać radnych? Może od razu zlikwidujmy rady i zostawmy samorząd w rękach smartfonów?
Inni z kolei uznają, że budżet wykonany zgodnie z opinią fachowców jednak wykonany nie został. Wchodzą w spór z instytucjami, które od lat stoją na straży finansów publicznych. Oficjalnie chodzi o zasady. Nieoficjalnie mieszkańcy często zastanawiają się, czy przypadkiem nie chodzi o coś znacznie bardziej przyziemnego. Na przykład o władzę. Albo o stołki.
Jeszcze inni próbują rządzić wszystkim. Szkołami, drogami, kulturą, sportem, a najlepiej także mieszkańcami. Czasem odnoszę wrażenie, że niektórzy samorządowcy wychodzą z założenia, iż skoro wygrali wybory, to przez pięć lat wiedzą lepiej od wszystkich. Nawet wtedy, gdy chcą zamknąć trzy szkoły z czterech albo urządzić lokalną rzeczywistość według własnego widzimisię.
A przecież problem może tkwić gdzie indziej. W frekwencji. W tym, że o przyszłości tysięcy ludzi często decyduje niewielki procent uprawnionych. Narzekamy na polityków, ale gdy przychodzi dzień wyborów, wielu z nas zostaje w domu. Może więc warto zastanowić się, czy wybory nie powinny być ważne dopiero po osiągnięciu określonego progu uczestnictwa? Może wtedy kandydaci bardziej zabiegaliby o zaufanie obywateli, a obywatele bardziej interesowaliby się tym, kto ma ich reprezentować.
Bo demokracja nie kończy się przy urnie. Demokracja zaczyna się właśnie tam.
A póki co... pozostaje tylko zanucić klasyka: „bo tutaj jest jak jest”.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze