To było trochę jak przypadkowe spotkanie. Wyjście na koncert Kapeli Hanki Wójciak, artystki pochodzącej z Podhala, dokładnie z Zakopanego, nie było planowane, a pomysł „idziemy” zrodził się dosłownie kilka godzin wcześniej. Tymczasem sam występ okazał się fenomenalnym połączeniem folku i poezji, a sama Hanka miała świetny kontakt z publicznością. Szczera w swoich piosenkach i chyba jeszcze bardziej szczera w rozmowach z ludźmi. Nasza rozmowa to taki sam spontan, jak wyjście na kolejną odsłonę Letniej Sceny Zamkowej, pewnie dlatego tak fajnie „popłynęła”. Nie było o dwóch płytach, które Hania wydała ze swoją kapelą, nie było też o jej twórczości. Za to dużo było o uczuciach, miłości, muzyce, ludziach…
Zanim zabrzmiał pierwszy dźwięk, wyszła Pani do publiczności boso, jakby nie na scenę, ale między ludzi. Mieliśmy wrażenie, że to nie był przypadek ani efektowny początek koncertu. Co chciała Pani tym gestem powiedzieć?
— Lubię chodzić boso. Tak mam od zawsze. W domu rodzinnym też najczęściej chodziłam bez butów i chyba po prostu najlepiej mi się tak śpiewa. Może na obcasach lepiej się wygląda, ale na boso lepiej się śpiewa. Czuję wtedy kontakt z ziemią, a to jest dla mnie ważne.
A wychodzenie od ludzi... Robię tak bardzo często. Jeśli tylko jest taka możliwość, zaczynam właśnie stamtąd. Bo przecież sama jestem jednym z nich. Śpiewam o tym, co wszyscy przeżywamy, więc próbuję zatrzeć tę sztuczną granicę, którą tworzy scena. Światła, podwyższenie... wszystko to sprawia, że artysta jest dosłownie wyżej. A ja nie czuję się wyżej. Chcę być na równi z tymi, którzy przyszli słuchać.
Można było odnieść wrażenie, że to wejście jest nie tylko bardzo naturalne, ale też świadomie zbudowane. Jest w nim trochę teatru, trochę rytuału i sporo symboliki. To element, który dojrzewał przez lata?
— Tak. To nie jest spontaniczne. Kiedyś po prostu pomyślałam, że właśnie tak chciałabym zaczynać koncerty. Dziś stało się to już ich naturalną częścią.
Na początku pojawia się też charakterystyczny okrzyk. Po góralsku nazywa się wyskanie. Towarzyszy śpiewowi i tańcowi, jest formą komunikacji. Dla mnie to taki impuls energii. W tle muzycy już grają, wszystko powoli się buduje i nagle pojawia się ten mocny sygnał, taki strzał energii płynący z gór.
Mam nadzieję, że odbiorcy właśnie tak to odczytują. Nie jako sposób na zwrócenie uwagi, ale jako coś, co jest częścią mojej kultury i mojej tożsamości. Wyskanie jest głośne, wyraziste, ale przede wszystkim jest czymś bardzo naturalnym.
Nie oczekuje Pani od publiczności, żeby koniecznie śpiewała czy klaskała, prawda? Jakby równie ważne było po prostu wspólne przeżywanie muzyki.
— Myślę, że każdy przeżywa koncert na swój sposób. Są osoby, które od razu chcą śpiewać razem z nami, ale są też takie, które po prostu wolą słuchać. I to też jest piękne.
Sama, kiedy idę na koncert, który naprawdę mnie porusza, najczęściej siedzę w ciszy. Nawet jeśli ktoś zachęca do wspólnego śpiewania, nie zawsze mam na to ochotę. Po prostu chłonę to, co się dzieje.
Dlatego uważam, że trzeba robić swoje. Jeśli ktoś chce wejść w tę energię i zaśpiewać razem z nami – wspaniale. A jeśli chce po prostu słuchać, to również jest dla niego miejsce.
Wasz koncert każdy przeżywał dzisiaj inaczej. Jedni śpiewali z Wami, inni tylko słuchali, ktoś zamknął oczy, ktoś inny po prostu siedział w ciszy. Widzi Pani takie historie ze sceny?
— Dzisiaj było o tyle wyjątkowo, że graliśmy za dnia i mogłam widzieć twarze ludzi. Wieczorem albo w klubach światła często są tak mocne, że publiczność znika. Czasem nawet proszę, żeby na chwilę rozjaśnić salę, bo chcę zobaczyć tych, do których śpiewam.
Nawet jeśli nie zapamiętam wszystkich twarzy, bardzo często czuję, z której strony płynie największe skupienie. Później ktoś podchodzi i mówi, że jakaś piosenka była dla niego ważna. I to jest niezwykłe.
Te utwory śpiewam od lat. Mogłabym się nimi znudzić, a jednak tak się nie dzieje. Za każdym razem przychodzą inni ludzie ze swoimi historiami. Czasem piosenka, która dla mnie jest już tylko wspomnieniem, dla kogoś staje się opowieścią o tym, co właśnie przeżywa.
Często zastanawiam się, co ludzie przynoszą ze sobą na koncert. Dzisiaj patrzyłam na starsze panie siedzące wśród publiczności i myślałam o ich historiach. Może ich mężowie po prostu nie lubią koncertów... a może któregoś z nich już nie ma. Ja śpiewam o miłości, o bliskości, o całowaniu, a ktoś słucha tego z zupełnie innym bagażem doświadczeń.
I chyba właśnie dlatego warto śpiewać. Bo to wciąż jest opowieść o świecie, który wszyscy razem współtworzymy.
Wspomniała Pani ze sceny o swojej mamie, która w wieku siedemdziesięciu lat ponownie się zakochała i wyszła za mąż. Ale to była nie tylko rodzinna historia, a raczej opowieść dająca wielu ludziom nadzieję. Historia Pani mamy zabrzmiała jak przypomnienie, że na miłość nigdy nie jest za późno.
— To rzeczywiście historia z naszej małej społeczności na Olczy. Dla wielu osób było to wydarzenie, bo od lat nie było tam takiego ślubu.
Dla mojej mamy też nie było to łatwe. Najpierw musiała oswoić samotność po śmierci taty, a potem przyszło coś, czego chyba sama się nie spodziewała. Po prostu wydarzyło się życie.
To daje mi ogromną nadzieję. Często słyszymy, że pewne rzeczy są już "nie na ten wiek". A ja w to nie wierzę. Wierzę, że niezależnie od tego, ile mamy lat, możemy się jeszcze spotkać, zakochać, czegoś od siebie nauczyć i nawzajem obudzić do życia.
Sama jestem dziś w takim momencie, że coraz lepiej wiem, czego chcę. Chcę żyć, a nie udawać. I mam poczucie, że to dotyczy każdej sfery mojego życia.
Dlatego nie boję się rozmawiać o miłości, bliskości czy pożądaniu. Nie tylko w odniesieniu do młodych ludzi. Te uczucia nie mają daty ważności. Zmieniają się, dojrzewają, ale wciąż są częścią naszego życia.
Artyści chyba tak mają...
— Tak, ale dałabym tu jeszcze taką gwiazdkę. Bo ja nie jestem przekonana, że to dotyczy tylko artystów. Bardzo lubię myśleć o tym, że każdy z nas jest artystą, a dziełem jest jego własne życie. Ja akurat dostałam dar pisania piosenek i śpiewania. Ktoś inny ma zupełnie inny talent. I dobrze, bo właśnie dzięki temu ten świat działa. Nie ma sensu stawiać artystów na piedestale.
Skąd właściwie możemy wiedzieć, co drugi człowiek nosi w sobie? To, że nie śpiewa albo nie pisze, wcale nie znaczy, że nie przeżywa świata równie głęboko. Może po prostu wyraża to inaczej albo jeszcze nie odkrył swojej drogi. Dlatego myślę, że wszyscy jesteśmy artystami. A naszym najważniejszym dziełem jest życie, które każdego dnia tworzymy.
Czyli tak naprawdę najciekawsze rzeczy dzieją się wtedy, kiedy pozwalamy się zaskoczyć drugiemu człowiekowi?
— Chodzi mi o to, że tak naprawdę bardzo mało o sobie wiemy. Dopiero w spotkaniu z drugim człowiekiem możemy odkryć w sobie coś, czego wcześniej w ogóle się nie spodziewaliśmy.
Najpiękniej widać to chyba w miłości. Nagle okazuje się, że ktoś, kto całe życie mówił: „Ja nie umiem pisać”, zakochuje się i zaczyna tworzyć rzeczy, których sam by się po sobie nie spodziewał. Dlatego staram się zawieszać własne wyobrażenia o świecie i naprawdę spotkać drugiego człowieka. Myślę o tym także w radiu. Kiedy rozmowa jest naprawdę dobra? Wtedy, kiedy wydarza się coś więcej niż tylko wymiana pytań i odpowiedzi.
Z koncertem jest podobnie. Oczywiście są piosenki, jest ich kolejność, ale zawsze mogę zdecydować, czy tylko je zaśpiewam, czy pozwolę sobie pójść za energią chwili. Dzisiaj na przykład na koniec zaczęłam opowiadać o życiu... Tego przecież nie planowałam. I właśnie to mnie najbardziej fascynuje. Nigdy nie wiem do końca, co się wydarzy. Ktoś kichnie, rozpłacze się dziecko, zapomnę tekstu... Tak, zdarzyło mi się kiedyś nie dokończyć piosenki i śpiewać z kartki. To było trudne, ale jednocześnie bardzo ludzkie.
Może właśnie wtedy pęka ten balon. Przestaje być „gwiozda”, a zostaje po prostu człowiek.
Paradoksalnie takie pomyłki chyba jeszcze bardziej zbliżają artystę do publiczności?
— To zależy od sytuacji. Jeżeli ktoś śpiewa tekst uznanego poety i nie zadał sobie trudu, żeby go dobrze przygotować, to jest już brak szacunku wobec autora. Ale zwykłe pomyłki... one po prostu są częścią życia.
Kiedyś przeczytałam bardzo mądry tekst o roli błędu w uczeniu się. Pomyłka może nas zamknąć, jeśli będziemy chcieli ją ukryć. Ale może też uruchomić coś zupełnie odwrotnego – sprawić, że od razu zaczynamy szukać lepszego rozwiązania. To jest mi szczególnie bliskie, bo oprócz śpiewania jestem też nauczycielką. Uważam, że dzieci muszą mieć prawo do popełniania błędów.
Nie można ich za to zawstydzać ani karać, bo właśnie dzięki pomyłkom naprawdę się uczymy. Jeśli natomiast uwierzymy, że każda pomyłka oznacza: „jestem beznadziejny”, zaczynamy bać się życia. A przecież ono nieustannie przynosi sytuacje, w których czegoś nie wiemy, próbujemy i czasem się mylimy.
Łatwo powiedzieć: „wyciągnij z błędu lekcję”. Ale kiedy coś naprawdę boli, ten dystans nie przychodzi od razu...
— Kiedy dzieje się coś przykrego, bardzo trudno o dystans. On przychodzi dopiero później.
Pamiętam swój pierwszy występ z autorską piosenką. Wybiegłam na scenę w kierpcach, które okazały się potwornie śliskie, i przewróciłam się na samym środku. Chyba instynktownie rozłożyłam ręce. Ktoś zrobił wtedy zdjęcie – góralska chusta wyglądała na nim jak skrzydła. Wyglądałam jak jakaś dzika amazonka.
Ograłam to, ale w środku przeżywałam katastrofę. Zaprosiłam bliskich, pierwszy raz śpiewałam własną piosenkę i byłam przekonana, że wszystko się skończyło. Schodziłam ze sceny, płacząc. A potem podeszli do mnie znajomi i zapytali: „Hanka, od kiedy ty, ku**a, umiesz robić szpagat?”.
Okazało się, że oni widzieli mnie tylko od pasa w górę. Byli przekonani, że to wszystko było zaplanowane. I wtedy zrozumiałam, jak bardzo nasza perspektywa potrafi różnić się od tego, co widzą inni.
Mieliśmy jeszcze zapytać o muzykę i o to, jak często wracacie na Mazury, ale chyba czas już nas goni...
— Bardzo chciałabym kiedyś przyjechać tu na dłużej. Nie na koncert, tylko po prostu pobyć. W sezonie wakacyjnym gramy najwięcej, więc wtedy najmniej jest czasu na prawdziwy odpoczynek. Ale gdybym miała wybrać miejsce na urlop, byłyby to właśnie Mazury albo Suwalszczyzna. Woda mnie koi. Dawno się nie kąpałam w jeziorze. Najchętniej zrobiłabym to nago. To jest zupełnie osobne doświadczenie dla zmysłów. Dawniej jeździłam na warsztaty do Lipowego Domu, gdzieś tu na Mazurach. Było tam jezioro z prywatnym dostępem i właśnie tam zdarzało nam się kąpać nago. To było cudowne.
Wycinamy to o kąpieli nago?
— Nie. (śmiech) Dzisiaj wieczorem prowadzę audycję o nagości. O tabu. Więc wszystko się zgadza.
W takim razie nie zatrzymujemy już Pani. Dziękujemy.
— Dziękuję za rozmowę. Chętnie posłuchałabym kiedyś także Waszych historii, ale teraz naprawdę muszę uciekać. Za chwilę zaczynam audycję i najwyższy czas się do niej przygotować.
rozmawiali: Emilia Turek i Marek Szymański
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze