Jadąc do Kina „Gwiazda” w Kętrzynie na koncert grupy Wojciech Jachna SQUAD, zastanawiałam się: „Czy jeszcze ktoś, w środku tygodnia, słucha jazzu podanego w surowszej odsłonie”? Spodziewałam się wielu improwizacji muzycznych (tylu, ile było instrumentów na scenie) zbiegających się w jednym, powtarzającym się motywie i nie zawiodłam się. Zaskoczyła mnie licznie zgromadzona publiczność, która była świadomym odbiorcą. Świadczyły o tym komentarze oraz dyskusje jakie usłyszałam w przerwie, pomiędzy utworami i później w kuluarach.
Jazz kojarzy się zazwyczaj z jego popową wersją serwowaną do kawy w miłych kafejkach. Różne kanały muzyczne oraz streamingowe obserwują liczne odsłony smooth jazzu, czyli łagodnej i przyjemnej wersji tego gatunku muzycznego. Słuchanie modern jazzu daleko idącego w improwizację, wymaga uważnego i wyćwiczonego ucha. Nie wiadomo na kim się skupić, na którego muzyka zwrócić uwagę bardziej. Podobnie było w czasie czwartkowego spotkania w Kętrzynie. Tego dnia ta scena miała czterech aktorów spotykających się w grze niby na chwilę, by ponownie pójść własną drogą. Zagrano repertuar z dwóch płyt: „ Ad Astra” oraz „Earth”. Choć improwizacja wiodła tu prym, to jednak dało się zauważyć jakieś ramy i myśl przewodnią. Była to więc gra zespołowa, która nie bała się przedstawić różnych nurtów i wpływów muzycznych.
Ksawery Wójciński (kontrabas) z jednej strony uwodził dźwiękiem, a z drugiej - tak głęboko poddawał się muzyce, że niemal zlewał się z instrumentem, byli jednym… Przykuwał słuch i uwagę. Instrument wiedziony jego ręką zachwycał, a muzyk był jednym z solistów tego dnia. Gdy grał wydawało się, że tylko na niego pada światło reflektorów, a jednak… o każdym z muzyków można by było napisać to samo. Marek Malinowski (gitara) wydobywał ze swojego instrumentu takie dźwięki, o których nie posądzałabym gitarzysty. Momentami zastanawiałam się: ”Czy to aby na pewno ten instrument”? Grał na jednym, a usłyszeć można było wiele i różnorodnie. Nie mogłam oderwać wzroku od perkusisty Rafała Górzyckiego. To on, moim zdaniem, narzucał narrację granym utworom i nie mam tu na myśli linii melodycznej (w tym brali udział wszyscy muzycy). Chodzi tu raczej o całą jego oprawę i bycie na scenie. Wpatrywałam się w mimikę twarzy, gestykulację, rekwizyty i gadżety, których używał, by dać wyraz, upust emocjom jakie władały nim podczas gry. Wojciech Jachna (trąbka) – istniał na scenie tak, jakby od niechcenia, nienachalnie, a jednak istotnie. Robił to niby od czasu do czasu, włączając się do muzycznego dialogu raz aksamitnym dźwiękiem, zachrypniętej jednak trąbki, innym razem urywanym i dynamicznym. Jego konferansjerka nie była przegadana. Mówił oszczędnie, z lekkim dystansem do rzeczywistości i z poczuciem humoru. Wszystko spójnie łączyło się, a królować miała muzyka i tak było. Bo o nią tutaj chodziło i wszystko wybrzmiało do ostatniej pauzy na scenie.
Czwartkowy wieczór jazzowy w Kętrzynie pozytywnie mnie zaskoczył. Sama myśl o tym, że jeszcze słucha się takiej muzyki – pociesza i budzi muzyczną nadzieję. Ponownie na myśl przyszły spotkania czwartkowe organizowane za czasów „Króla Stasia”, gdzie kultura była pisana przez duże „K”. Przypomniały mi się również mrągowskie koncerty organizowane przez nieżyjącego już konesera Władysława Wilińskiego. Sprowadzał on do naszego miasta muzyków jazzowych i była sztuka w mieście…
Dodam, że jestem już po odsłuchu płyty „Ad Astra”, gdzie zamiast kontrabasu na instrumentach klawiszowych zagrał Jacek Cichocki. Nagrany materiał niesie nieco inne brzmienia równie inspirujące i ciekawe. Osobiście wolę słuchać dźwięków kontrabasu na żywo, więc jedno i drugie doświadczenie muzyczne jest warte polecenia. Agnieszka Beata Pacek
Zdjęcia: A. Pacek
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze