Piotr Myszka: W sporcie nie ma nic na zawsze

Piotr Myszka: W sporcie nie ma nic na zawsze

— Generalnie jest tak, że pierwszy sukces smakuje najbardziej. Każdy kolejny może prowadzić faktycznie do rutyny, ale w sporcie nie ma nic na zawsze. Mistrzem świata nie jest się cały czas — mówi Piotr Myszka.

Piotr Myszka w miniony weekend z powodzeniem rywalizował w Medemblik (Holandia) z czołowymi windsurferami świata. Zwycięstwo w regatach Pucharu Świata to doskonała okazja do rozmowy, ale z wychowankiem mrągowskiej Bazy nie dało się nie poruszyć tematu szkoły, której przyszłość nie wygląda niestety różowo. A może osoby decydujące o losach placówki powinny wczytać się w słowa trzykrotnego mistrza świata, zawodnika, który sam uczęszczał do słynnej szkoły z ul. Nadbrzeżnej?


Gratulacje! Wierzył pan w swój sukces w Medemblik? Różnica między panem a Mattią Camboni przed decydującym wyścigiem była niewielka, ale to Włoch był na czele stawki.

Regaty odbywały się w trudnych warunkach, był słaby wiatr i było bardzo gorąco. Walka od początku toczyła się między mną a Włochem Cambonim. Najpierw prowadziłem ja, potem on był na czele przez dwa dni. Przed decydującym dniem regat między nami był zaledwie jeden punkt różnicy, więc wiedzieliśmy, że kto przed kim przypłynie ten wygrywa. W Medal Race za miejsce dostaje się dwa punkty, zatem musiałem po prostu przypłynąć przed rywalem, żeby go pokonać. Taki miałem plan, który zrealizowałem w 100 procentach. Bardzo dobrze mi się żeglowało, to był dla mnie bardzo przyjemny wyścig, a Mattia pogubił się gdzieś, przypłynął dopiero szósty, co wystarczyło, bym wyprzedził go w ostatecznej klasyfikacji.

Startuje pan już kolejny sezon, na brak sukcesów pan nie narzeka – z czasem nie staje się to rutyną? Po osiągniętym sukcesie czuje pan teraz to  samo co na początku kariery?

Generalnie jest tak, że pierwszy sukces smakuje najbardziej. Każdy kolejny może prowadzić faktycznie do rutyny, ale w sporcie nie ma nic na zawsze. Mistrzem świata nie jest się cały czas. Forma też nie utrzymuje się na takim samym poziomie, jest raz lepsza, raz gorsza i trzeba nad nią pracować każdego roku, dbać o nią, by przyszła kiedy trzeba. Myślę, że to jest najważniejsza sztuka w sporcie. Cieszę się z tego sukcesu tym bardziej, że w ostatnim czasie mocno trenowałem, co kosztowało mnie bardzo dużo pracy i wysiłku. W Medemblik dało to efekty i wierzę, że takie same efekty osiągnę na igrzyskach w Tokio.

Po tym co pan mówi nie trudno wyrokować, że jest pan doskonale do sezonu przygotowany. Co jeszcze zamierza pan „zgarnąć” w tym roku?

 Myślę, że jestem już odpowiednio przygotowany do sezonu. Wszystko, także pod względem zdrowotnym, jest na najwyższym poziomie. Przed nami jeszcze 17 czerwca wyjazd na dwa tygodnie do Hiszpanii, gdzie będziemy szlifować formę, by jak najdłużej być w tej najlepszej dyspozycji. Przed igrzyskami nie czas już na eksperymenty, będziemy się raczej trzymać tego, co do tej pory zostało wypracowane. Cel główny to oczywiście Tokyo i medal igrzysk olimpijskich.

Na wodach – chyba można powiedzieć świata – wychowankowie mrągowskiej Bazy radzą sobie doskonale, zresztą od lat. Wyobraża pan sobie taką sytuację, że szkoła, do której pan też uczęszczał – znika?

 To prawda, zawodnicy Bazy Mrągowo jeżdżą po całym świecie, reprezentują klub, Mrągowo, Polskę swoimi osiągnięciami. Wielka historia Bazy Mrągowo – a mówię to jako absolwent sprzed dwudziestu lat, patrzący na kolegów, których jeszcze pamiętam – to są ciągle ludzie, którzy poszli w świat, robią fajne rzeczy, każdy pracuje, dużo osób wciąż jest związanych z żeglarstwem, sportem wodnym, inni pokończyli uczelnie, świetnie radzą sobie w życiu. Dlatego przykre jest to, że wokół szkoły dzieją się takie perturbacje. Tak naprawdę Baza znika i za chwilę może jej nie być. Mam nadzieję, że starostwo dojdzie do porozumienia z władzami Mrągowa i że szkołę uda się uratować. Zamknąć coś, zniszczyć można bardzo szybko, a odbudowywanie tego może ciągnąć się potem latami. Baza budowana była dekadami, a zniszczyć można ją być może jednym podpisem, jednym dokumentem. Pamiętajmy, żeby potem było jeszcze się czym chwalić.

Tych miejsc z przeszłości ubywa. Za jakiś czas możemy zostać „z ręką w jeziorze”. Powstają nowe miejsca, fabryki, ale fajnie jakbyśmy mogli mówić też o dzieciach, ludziach z Mrągowa, którzy robią ciekawe rzeczy, odnoszą sukcesy. To są sprawy ważne, decydujące wręcz o naszej przyszłości. O tym powinniśmy wszyscy pamiętać. Ja wiem, że w Bazie nie wszystko może się działo jak trzeba, ale to też nie jest powód, by ją zaorać i zamknąć, a potem powiedzieć, że to się nie opłaca. Chciałbym jednak zauważyć, że sport dla dzieci i młodzieży nigdy się nie opłacał. Zawsze trzeba było do niego dopłacać, trzeba było o niego dbać w szczególności, bo z tego rodzi się nasza historia, nasza kultura. W zdrowym ciele zdrowy duch – niech to społeczeństwo będzie wysportowane i będzie korzystało z atrakcji, które ma pod ręką. A w Mrągowie tymi dobrodziejstwami są jeziora, lasy i piękne tereny. To są ukryte koszty, o których często zapominamy, a potem wszyscy za to zapłacimy, wydając więcej pieniędzy na leczenie słabego i chorego społeczeństwa.

Gdyby był pan osobą decyzyjną co zrobiłby pan, żeby szkoła zachowała swój byt?

Przede wszystkim zastanowiłbym się nad zamykaniem szkoły. Robiąc to automatycznie odetnie się możliwość dalszego rozwoju klubu, ponieważ to są dwie powiązane ze sobą sprawy. Jedno nie będzie mogło funkcjonować bez drugiego. Na pewno trzeba to zmodernizować, wiadomo, że koszty utrzymywania obiektu są duże, lecz drzemie w nim ogromny potencjał, który jest nie wykorzystany do końca. Nie był zresztą już wcześniej należycie spożytkowany, co miało swoje powody. Nie chciałbym nikomu nic zarzucać, ale pod zarządem samego starostwa tam się nic nie działo. A kiedy nic się nie dzieje, wtedy podejście „zamknąć, zaorać” wydaje się naturalne. Szkołę jako klub można absolutnie wykorzystać. Obozy, szkolenia w sezonie letnim – to musi wszystko działać. Tymczasem wielokrotnie bywało, że Baza w tym najważniejszym sezonie była zamykana z uwagi na przerwę w roku szkolnym. Wszyscy mają wakacje. To jest wręcz niedopuszczalne! Latem ten obiekt musi hulać i myślę, że to jest do zrobienia. Inaczej wszyscy będziemy jeszcze płakać – może nie teraz, ale za jakieś dziesięć, dwadzieścia lat.

Jest pan idolem młodych żeglarzy, nie tylko tych z Mrągowa, co poradziłby im pan na osiąganie sukcesów? Talent i praca wystarczą?

Zawsze w takich przypadkach powtarzam to samo: muszę wierzyć, że potrafię. Że mogę to zrobić, ale muszę ciężko pracować. Mając 8-9 lat, kiedy stawiałem swoje pierwsze kroki w żeglarstwie, nie przypuszczałem nawet, że pojadę na igrzyska, albo że będę jeździł po świecie. Nie myślałem, że to mnie będzie dotyczyło, przecież są inni zawodnicy, lepsi ode mnie. Dlatego pamiętajcie: jeżeli mi się udało to każdemu z was też może. To nie jest tak, że urodziłem się z deską w ręku – zacząłem pływać na desce w wieku piętnastu lat. Przed każdym z was stoi jakiś sukces. Jak duży on będzie to tylko ograniczenie waszej wyobraźni. Mając marzenia i chęci można osiągnąć wiele, ale trzeba dołożyć do tego ciężką pracę. Często jest tak, że właśnie praca okazuje się tym „talentem”.

Dziękuję i jeszcze raz gratuluję. Nie pozostaje nam nic innego jak trzymać nadal za pana kciuki.

 Dziękuję bardzo i… walczę dalej!


Piotr Myszkajest trzykrotnym mistrzem świata w żeglarskiej klasie RS:X. W 2016 roku podczas Igrzysk Olimpijskich, które odbywały się w Rio de Janeiro zajął czwarte miejsce. W Tokio wychowanek mrągowskiej Bazy, dziś żeglarz KS AZS AWFiS Gdańsk, będzie walczył o swój pierwszy medal olimpijski. W tym sezonie otarł się o medale na Mistrzostwach Świata w Kadyksie oraz na Mistrzostwach Europy w Vilamourze. W holenderskim Medemblik stanął na najwyższym stopniu podium regat tegorocznego Pucharu Świata.

Marek Szymański
ADMINISTRATOR
PROFIL



Zobacz również

Zostaw komentarz:

You must be logged in to post a comment.

Ostatnie

Autorzy

Komentowane